Szaszłyk czy zupa z gwoździa

Minione wybory do parlamentu wykazały radykalne przesunięcie orientacji społecznej w stronę populizmu i narodowego katolicyzmu. Lepper i ks. Rydzyk integrują masy. Pod parasolem Socjalistycznej Lewicy Demokratycznej. Inteligencja, ta w starym stylu, której uosobieniem była Unia Wolności, i solidarnościowe związki zawodowe zeszła ze sceny politycznej. Teraz lewica pracuje na siebie i za postępowych liberałów. I musi tarmosić się z plebejskim i bogoojczyźnianym ostracyzmem. Spadły na nią obowiązki, które nie śniły się nikomu. Rzeczywistość — ta rozczochrana rozpustnica — odprawia jedną mszę w dwu kościołach. Jakie z tego będzie rozgrzeszenie i jakie pielgrzymki, trudno przewidzieć. Zwłaszcza że PSL — stary kompan sprzed lat — utwardził się w żądaniach, bo w walce o elektorat musi liczyć się na polskich równinach z konkurencją Leppera, który niczym jaki Zorro gotów zrobić burdę w najmniej przewidzianej, przydrożnej karczmie. Idzie też o skomplikowaną marszrutę polskiej wsi ku Europie. Niestety, zacofanie naszego rolnictwa leży kłodą w poprzek tej drogi. Dlatego też ceny ustępstwa za polityczne partnerstwo ze strony PSL-u i za lojalność będą tym razem znacznie wyższe niż ongiś. W ogóle kłopoty z wejściem do UE i zależność w polityce wewnętrznej od PSL to dla lewicy sprzężenie zwrotne — przy perturbacjach — o sporym potencjale rażenia. Ale póki co SLD radykalnie rozprawia się z kontami przejętymi po poprzednikach i przejmuje stanowiska po zachłannym AWS-ie. Równie namiętnie jak ich poprzednicy. A jednocześnie gasi wewnątrzpartyjne konflikty, co jest mniej widoczne; pod pretekstem zbliżających się wyborów do samorządów prolonguje na siłę samodzierżawie starej kadry. Ale to są już podpróchniałe konstrukcje, które trzeszczą w szwach jak stara łajba. Wiadomo, jeśli w defensywie wiele rzeczy udawało się utrzymać w ryzach, to teraz, kiedy nęci władza i podniecają łupy, napór zaplecza będzie wzrastał. To posolona rana. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana i gra toczy się na wielu boiskach. Przede wszystkim na prawicy czynione są liczne próby zwierania wszystkiego, co jeszcze zostało w krajobrazie po bitwie. Tak na poziomie ogólnopolskim, jak szczeblach wojewódzkich i niższych. Wszystko pod naciskiem arytmetycznych profitów chęci utrzymaniu się w sejmikach i radach samorządowych. Tymczasem na Górnym Śląsku i Opolszczyźnie zaczęło się zgoła coś nieoczekiwanego, a mianowicie całkowicie nowe procesy integracyjne. Oto zebrało się 10 największych organizacji regionalistycznych Katowic i Opola, przy udziale Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Niemców, by pokombinować o wspólnym działaniu w związku z nadchodzącymi wyborami samorządowymi. To jest dobra wiadomość, historyczna być może dla rozwoju demokracji na poziomie podstawowym na Śląsku. Co ciekawe, jej autochtoniczne podłoże, już na samym wstępie, dewaluuje dzisiejszy podział administracyjny i potwierdza historyczny pierwowzór. Wspomniane spotkanie i zapowiadane następne — jeśli dadzą prawidłowe owoce — będą mogły po raz pierwszy w dobie odzyskanej demokracji przynieść praktyczne skutki. Zwłaszcza jeśli w zapowiadanych elekcjach dojdzie do bezpośredniego wyboru wójtów i prezydentów miast. A zapowiadana ustawa o takim trybie elekcji wydaje się być pewna. Dzięki niej powstanie na Śląsku realna możliwość przeciwstawienia się upolitycznionym praktykom wyborczym, bo powstanie struktura społeczna gotowa skorzystać z dobrodziejstwa nowego prawa. Zjednoczenie „śląskości", jeśli do niego dojdzie, będzie miało wymiar ważnego eksperymentu w dziejach naszej młodej demokracji. W każdym razie stanie się przykładem autentyczniejszej integracji niż jakiejkol wiek innej, partyjnej kle¬onki. Zwłaszcza tej u nas, co siłę czerpać musi — z braku laku — z niedawnej tradycji „jedności moralno-politycznej" i pilnowania polskości na Śląsku. A więc zaczęła się ciekawa gra warta świeczki, choć należy oczekiwać jazgotu wielu postsocjalistycznych patriotów, heroldów śląskiego „separatyzmu" i „labilności" narodowościowej Ślązaków. Czekają nas tutaj — na Śląsku — ciekawe spory i wydarzenia. Sprawa jest tym ciekawsza, że za zwycięską tarczą, za kulisami SLD, rozwija się skrywany konflikt pokoleniowy. Chce się go stłumić — ba! tłamsi się go! — i zająć nim dopiero po wyborach. Jest to konflikt pomiędzy tymi, którzy nosili w lewej kieszeni marynarek czerwone legitymacje, i tymi młodszymi, którzy mieć ich jeszcze nie mogli. Na razie nawyk starej dyscypliny partyjnej — i jej mit — wziął górę, ale nie wiadomo czy na długo i czy to aby nie błąd i osłabienie sił w nadchodzącej walce wyborczej. Takie sztuczne przyciąganie uzdy stać się może korzystną, motywacyjną okolicznością dla zintegrowanych organizacji autochtonicznych. Zwłaszcza jeśli nastąpi zainteresowanie ową integracją w autochtonicznych środowiskach robotniczych i wiejskich Śląska. Może ona być realniejsza w odbiorze społecznym niż wiara w obietnice przedwyborcze rządu. Gdyby do tego doszło, front organizacji autochtonicznych ma szansę wyrosnąć na poważną siłę w jesiennych wyborach samorządowych. Ponieważ miałby oparcie w problematyce regionalnej, a tym samym mógłby w kampanii głosić całkiem nowe hasła. Wtedy w swojej chęci zmonopolizowania wszystkiego, najlepsze przeliczenia dla SLD mogłyby się stać mało realne. Po wyborach w wielu miejscowościach dojść by mogło do paradoksalnego układu; rady z układów politycznych, a wójtowie i prezydenci z mandatu społeczeństwa. I gdyby do tego doszło, Śląsk stałby się dla innych regionów modelowym przykładem organizowania się społeczeństwa obywatelskiego poza układami politycznymi, ponieważ one nie zawsze odzwierciedlają ich prawdziwe potrzeby i pragnienia. Autonomia to żaden pokraczny zwierz, ani strach na wróble. Autonomia to samorząd właśnie, a w zależności od tradycji i kultury lokalnej powinno się ją wypełniać autentyczną treścią. Taka jest istota demokracji —jej duch — i być może w tym, co się na Śląsku kroi, zostanie ona potwierdzona. Byłoby to pod każdym względem fascynujące. Także w niwelowaniu historycznych, narodowościowych i politycznych różnic w łonie rdzennych Ślązaków, ponieważ musiałoby dojść do konsensusu w wielu sprawach, co wymusiłoby poniechanie wielu ekstremów w jej łonie. Zdrowy instynkt społeczny i dojrzałość obywatelska będą tu miały wdzięczne pole do popisu. Ale na razie to bajka, a nie rzeczywistość. Niemniej w piecu zapalono — można się zabierać do gotowania strawy. Co podadzą na jesienne stoły, trudno przewidzieć. Oby nie skończyło się na zupie z gwoździa, czyli wodzionce!